RSS
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Dzień ostatni! 365 dni 53,600 km od mandatu.

No i nadszedł ten dzień!

Trudno uwierzyć, że minął rok od dnia, gdy inkasując 10 pkt karnych stałem się posiadaczem równo 24 pkt - czyli osiadłem tyłkiem na cieniutkiej granicy, poza którą jest wyłącznie utrata prawa jazdy...

Prawie 54 tys. km bez złapania choćby jednego punktu kiedyś wydawało mi się ... normalne.

Wtedy gdy latami nie otrzymywałem żadnego mandatu.

Te 18 pkt w 10 dni zeszłego roku zachwiały moją wiarę w bezmandatową lekkość bytu...

Najważniejsze, że to już koniec horroru, gdy zmuszony do stuprocentowo przepisowej jazdy stawałem się czasami zagrożeniem dla bezpieczeństwa swojego i innych na drodze.

Nauczka pozostanie - DA SIĘ przejechać bez mandatu 50 tys km i to bez CB, ale NIE DA SIĘ zrobić tego stuprocentowo przepisowo.

Przepisy łamałem nie tylko świadomie, czasem zupełnie bezwiednie z powodu wadliwego oznakowania.

Mam nadzieję, że moje doświadczenia były przydatne i dla Was i że lektura tego blogu kogoś czegoś nauczyła, kogoś przed czymś uchroni(ła).

Tym, którzy trafili przypadkiem na ten ostatni wpis polecam lekturę całego blogu od początku.

Zamykam dzisiaj ten blog i zapraszam na ostatnią wspólną przejażdżkę!

Do zobaczenia na drodze!

Szerokości i przyczepności!

 

21:46, mejson.e
Link Komentarze (6) »
czwartek, 07 kwietnia 2011
Wolno czyli ... (nie)bezpiecznie! 332 dni 51 000 km od mandatu.

Obudził mnie deszcz. 10 marca, poniżej zera od wielu dni, więc ziemia musi być zmarznięta...

Mając to na uwadze przytrzymałem się mocno klamki gdy wychodziłem na chodnik przed domem - nóżki się rozjechały...

PKP! (pięknie, k**wa, pięknie) - pomyślałem. Przede mną wszak dzisiaj ponad dwieście km jazdy na ... letnich oponach!

Wybrałem więc posolone główne drogi rezygnując z ukochanych objazdów i byłem skazany na zatwardzenia na warszawskiej Trasie Toruńskiej i całej DK10 do Bydgoszczy.

DK10 omijałem konsekwentnie przez ostatnie lata, więc jazda po niej była dla mnie zupełnie nowym przeżyciem.

Ogólne wrażenie - gładko, wąsko i powolnie.
Ciągłe podwójne spotykane często, wysepki ciągnące się kilometrami (!) ale największy przebój to ... słupki w osi jezdni przed wysepkami!

Tak na wszelki wypadek - gdy ktoś się przeliczy w wyprzedzaniu ( w nocy?), zostanie "ukarany" rysowaniem karoseri...

Mimo wszystko DK10 ujdzie - do czasu gdy nie trafi się na kogoś wybitnie wolnego, którego z racji wymienionych "udogodnień", wyprzedzić nie da się kilometrami.
Osobówką to jeszcze nic, ale co musi czuć kierujący wielotonowym zestawem z cykającym tachografem, gdy trafi mu się taki "bezpieczny" jak na tym filmie?

 

21:41, mejson.e
Link Komentarze (1) »
czwartek, 31 marca 2011
Zawracanie głowy. 329 dni 50 000 km od mandatu

Nie brakuje śmiałków, dla któych polskie dwie jezdnie zwykłej drogi - nawet nie ekspresowej - nie różnią się od nemieckich autostrad, gdzie można grzać  bez limitu prędkości.

Pomijając już fakt odmiennej kultury drogowej naszych zachodnich sąsiadów, gdzie na autostradzie spodziewają się pocisku pędzącego ponad 200 km/godz., na naszych autostradach ograniczenie prędkości jest, choć podniesione do 140 km/godz.

Ale na zwykłej drodze, która poza drugą jezdnią nie ma ŻADNYCH udogodnień pozwalających na szybką jazdę, gnanie ponad dozwolone 100 km/godz. to często próba samobójcza albo usiłowanie zabójsktwa.

Nie dość, że większość jadących nie spodziewa się tam innych jadących 200 km/godz., to pędziwiatr oprócz zajechania drogi przez zmieniającego pas może trafić na kogoś przecinającego jezdnię wjeżdżającego z normalnego przecież tam skrzyżowania.

A nawet trafić na ścianę naczepy tira, który postanowił zawrócić  w miejscu niedozwolonym.

Pół biedy w dzień, ale trafić na nieoświetloną ścianę w nocy jadąc 200 km/godz. na światłach mijania...

środa, 30 marca 2011
Wysepki - niewidki. 301 dni 48 000 km od mandatu.

Zimowe popołudnia zawsze uważałem za najbardziej niebezpieczną porę dnia.

Ciemno już od 15-16 a ruch o tej porze największy.

Nie tylko samochodów, które choć przeszkadzają, to jednak je widać.

Najgorsi są piesi poruszający się w ciemnych ubraniach bez oświetlenia.

A co powiedzieć o pieszym wynurzającym się zza słupka ze znakiem na nieoświetlonej wysepce?

21:33, mejson.e
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 marca 2011
Werdykt.

No i doczekałem się.

Po dwóch godzinach na twardej ławce na sądowym korytarzu niecierpliwego oczekiwania na wyrok usłyszałem, że sąd mnie ... uniewinnił!!!

Sędzia groźnie ostrzegł, że mało brakowało - przesądził jedynie fakt wyprzedzania przez motocyklistę kilku samochodów przez co mógł nie zauważyć mojego kierunkowskazu.

No fakt - pomyślałem - motocyklista nie jest samobójcą i nie pcha się pod gilotynę...

Nauczka pozostanie na długo, ale ulga nieziemska.

Tym samym za miesiąc wykasują mi się wszystkie punkty karne!

 

I skończy się wreszcie ten Rok (Nie)Bezpiecznego Życia...

20:59, mejson.e
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 marca 2011
Proces. Finał kolizji z motocyklistą.

Od październikowej kolizji z motocyklistą do zakończenia sprawy upłynęło pięć miesięcy.

Najpierw przesłuchanie na posterunku w roli podejrzanego o popełnienie wykroczenia, potem w postępowaniu nakazowym uznany za winnego, po odwołaniu w procesie na zasadach ogólnym jako obwiniony o popełnienie wykroczenia.

Za każdym razem ten sam zarzut - spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym przez brak upewnienia się przed zmianą kierunku jazdy czy nie byłem wyprzedzany.

Wykroczenie wycenione na sześć punktów karnych i kilkast zł grzywny.

Jako obwiniony miałem przed procesem prawo wglądu do dokumentów procesowych i dowiedziałem się m.in. że motocyklista przyjął wyrok nakazowy i został ukarany za spwodowanie zagrożenia w ruchu drogowym poprzez nieupewnienie się, czy wyprzedzany pojazd nie zmienia kierunku ruchu...

Nie wiedziałem czego spodziewać się na sali sądowej - czy nie stanę przypadkiem sam przed sędzią, ławnikami, prokuratorem i policją?

Groziła mi kara kilkuset zł grzywny, nie chciałem więc opłacać adwokata a znając powagę innych ważnych sptraw rozpatrywanych w sądzie nie chciałem rozdrażniać sędziego wnioskiem o przydzielenie mi adwokata z urzędu...

W dniu procesu okazało się, że na sali sądowej był tylko jeden sędzia i protokolant.

Sędzia wygladał na obiektywnego, zadawał rzeczowe pytanie, zapoznal się z filmem i włączył go do materiału dowodowego.

Po przesłuchaniu motocyklisty i świadka-który-niczego-nie widział, sąd oznajmił, że przesuwa ogłoszenie wyroku o tydzień...

19:54, mejson.e
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 lutego 2011
Szarpanie kolumny. 292 dni 46 000 km od mandatu.

Gdy na kilkukilometrowej drodze jest tylko kilka miejsc umożliwiających wyprzedzenie pojedynczych samochodów a tych samochodów w kolumnie jest kilkadziesiąt, to czy wtedy wyprzedzanie ma w ogóle sens?
Przesunięcie się w kolumnie kilka miejsc do przodu daje sekundowe zyski czasowe a ryzyko spore.
Poza tym wyprzedzający dezorganizują jazdę pozostałym samochodów zmuszając je do robienia większych odstępów i ustawicznego przyhamowywania.
Zamiast powolnego ale płynnego tempa mamy zwyczajną czkawkę drogową...

Ogonowi jeźdźcy. 276 dni 43 000 km od mandatu.

Chęć wyprzedzenia popycha niektórych kierowców niemal do włażenia poprzednikowi "na plecy" czy "na ogon".

Dość powszechny błąd w taktyce wyprzedzania uniemożliwiający szerszy widok na drogę i rozpędzenie samochodu jeszcze na dotychczasowym pasie ruchu.

Wyskakiwanie zza poprzedzającego samochodu na przeciwny pas ruchu i rozpoczynanie przyśpieszania dopiero tam nie należy do bezpiecznych manewrów.

A dodatkowo przy złej pogodzie "ogoniasty" jeździec naraża się na ciągłe brudzenie przedniej szyby sprejem spod opona poprzednika.

 

I kolejny egzemplarz...

 

sobota, 05 lutego 2011
Mgła. 273 dni 42 000 km od mandatu.

We mgle należy zwolnić.

Jak bardzo?
By zatrzymać się przed przeszkodą "spodziewaną" w tym miejscu? Przed stojącym samochodem, barierką, pieszym?

A jeśli przy ulicy jest odśnieżony chodnik, to czy należy spodziewać się pieszych na jezdni?
Oczywiście ubranych na czarno, bez żadnych elementów odblaskowych...

Oczywiście, że tak!

Należy więc zwolnić jeszcze bardziej a nawet zatrzymać się.

Tylko czy stojący samochód nie stanowi z kolei zagrożenia dla jadących za nami?

Czy w ogóle można liczyć na instynkt samozachowawczy "miękkich" użytkowników drogi?

Chyba jednak nie...

 

Czarny lód. 9 miesięcy 38 000 km od mandatu.

 

Jeżdżąc bocznymi drogami dla ominięcia sparaliżowanych głównych, często spotykałem się tam ze zjawiskiem czarnego lodu.

Przyzwyczajeni do czarnych dróg możemy czasem dać się zaskoczyć niewidoczna warstwą lodu.
Czasem jej nawet nie zauważymy, aż do konieczności gwałtownego manewru albo hamowania.


Niektórych strach paraliżuje i jadą w takich warunkach 30-40 km/godz, szczególnie gdy jeżdżą na letnich oponach.

 

 

Wbrew pozorom można jechać w takich warunkach dość sprawnie, pamiętając o płynności jazdy i wykorzystaniu lepszej przyczepności zmrożonego śniegu.

Zdarzają się więc i na czarnym lodzie wyprzedzania, co niektórym wydaje się tak nierozsądne, że oburzeni obtrąbią i oślepią wyprzedzającego.


Oczywiście wszystko po to, było bezpieczniej.

 

 

14:55, mejson.e
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4